PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Opublikowano 20-10-2013

Wieloczułość

Ostatnio dużo rozmyślałam o tym, jak zmienia się nasza cywilizacja. Czytałam niepokojące informacje o tym, że młodzi ludzie dochodzą do wniosku, że wyższe wykształcenie, poszerzanie wiedzy przez czytanie książek - po prostu się nie opłaca. Wystarczy wrzucić w google hasło i wiesz już, co trzeba, dostajesz instrukcje, po co więc niepotrzebnie obciążać własną pamięć? I tak wszystko trwa chwilę. Wrażenia i świadomość są płytkie, szybko się zmieniają.
Człowiek zagubiony w szumie informacyjnym, myśli flashowo. Skracają się metafory. Rozbudowany system pojęć ustępuje komunikacji słowno-ikonkowej. Skrót komunikatu prowadzi czasami do nieporozumień, nadinterpretacji a nawet projekcji własnych pragnień, więc aby uniknąć konflitków, uzupełnia się słowo gestem. Jedna osoba, komunikuje drugiej, że zadzwoni, mówiąc: „Kolnę” i dodając gest: przykłada dłoń do ucha, wysuwając palec mały i kciuk, co wizualnie przypomina słuchawkę telefoniczną. Albo nie używa rozbudowanych metafor, wybiera raczej jednosłowne przenośnie, ale żeby nie było wątpliwości, zaznacza wizualnie cudzysłów, zginając znacząco palce - wskazujący i środkowy - w obu dłoniach.
Dlaczego o tym piszę? Bo ... myślę, że ta zmiana jest o wiele bardziej radykalna, niż na pierwszy rzut oka się wydaje.
Jestem przekonana, że za kilka lat taki sposób zdobywania wiedzy i informacji doprowadzi do radykalnych zmian struktury naszego mózgu. Do niedawna psychologowie i psychocybernetycy twierdzili, że uczenie się rozwija umysł - powstają trwałe połaczenia między synapsami. Im bardziej człowiek się uczy, tym bardziej rozwija się jego pamięć długa, kora mózgowa itd. Na dodatek, uczenie się zapobiega starzeniu się szarych komórek.
Jeśli jednak kolejne pokolenie porzuci starą metodę rozwijania umysłu poprzez długotrwałą naukę, wysiłek intelektualny, powtarzanie, ćwiczenie pamięci, co stanie się z naszym mózgiem?
Może to dziwne, że piszę to przy okazji wystawy malarstwa.
Jeszcze trochę cierpliwości. Będę wyjaśniać to dalej.
12 lat temu, w czasie jednej z moich wystaw w Nowym Jorku, zadzwoniła do mnie kobieta, która koniecznie chciała spotkać się ze mną i osobiście mi podziękować. Zaskoczyła mnie. Pomyślałam nawet, że pewnie chce ze mną porozmawiać o leczniczej energii, jaką promieniują prace. Zetknęłam się już wcześniej z koncepcją malarstwa energetycznego, z teoriami o uzdrawiającej mocy kolorów i światła. I szczerze mowiąc, chwilami mnie irytowała, bo jednak warsztat plastyczny był dla mnie bardzo ważny, a abstrakcja, to coś więcej niż energia czystych kolorów.
Wróćmy jednak to tamtego wydarzenia. Chciałam posłuchać, co ta kobieta ma mi do powiedzenia. Była szczupła, szara i miała skórę pokrytą bąblami, rozległymi ranami. Powiedziała, że choruje na lupus (potem sprawdziłam w w encyklopedii zdrowia, że prawdopodobnie jej chodzi o chorobę immunologiczną - toczeń wieloukładowy). Opowiadała ze smutkiem, jak jej organizm odrzuca skórę, atakuje kolejne narządy, rozpoznając je jako ciała obce w organiźmie.
- Chciałam pani podziękować - powiedziała, uśmiechając się jasno. - Byłam tu 3 dni z rzędu. Siedziałam kilka godzin wśród pani obrazów. Naprawdę, czułam się zdecydowanie lepiej. Ale nie za to chcę pani podziękować. Nie wiedziałam co jej odpowiedziec. Uśmiechem podziękowałam i poprosiłam o ciąg dalszy.
- Wie pani - dodała - kierując się intuicją, bo nie wiedziałam nawet, jaki będzie efekt tego eksperymentu, zabrałam na wystawę moich synków. Po raz pierwszy w ich życiu ... Są wychowani na komiksach. Myślą już inaczej. Szybko i powierzchownie. Byłam ciekawa co zobaczą w tej kolorowej abstrakcji. Patrzyli z uwagą. I nagle zaczęli mi opowiadać o rycerzach i smokach. Oni to własnie zobaczyli w pani obrazach. Byli poruszeni. Coś wywołało w nich lawinę skojarzeń, chociaż przyznam szczerze, ku mojemu ubolewaniu, oni w ogóle nie chcą czytać baśni. I własnie za to pani dziękuję. Za ich rycerzy i smoki.
Dziś, po latach przypomniały mi się te słowa. Pomyślałam, że za chwilę, kiedy ludzie żyją tak szybko, głośno, kompulsywnie i płytko, zabraknie im baśni, wypraw na drugą stronę lustra, emocji niecodziennych.
I pal licho energetyczne działanie obrazu, chociaż pewnie ma ono dla widza jakieś znaczenie. Widzę dla siebie we współczesnej cybercywilizacji całkiem spory kawałek przestrzeni do zagospodarowania. Kiedy powodowana wieloczułością, wielozmysłowym doświadczaniem piękna i emocji, zawładnięta wrażeniami synestetycznymi maluję swoje obrazy, zaczynam wierzyć w ich nowy sens. Myślę, że one spenetrują te nowe wymiary, porzucone przez pośpiech i stres. Sprawią, że człowiek będzie musiał skonfrontować się z własnymi emocjami, odkryć własne archetypiczne baśnie, zdobyć na nowo świat, który zwykle jest zarezerwowany dla dzieciństwa. Poczuć świeżość przeżyć, intensywność tego, co nazywamy intymnością, prywatnością. Bez przymusu, jaki odczuwamy jako ofiary agresywnej reklamy, mody, social oblique. To ta prywatność uczuć, która jest więcej warta, niż kosnumpcyjne błyskotki, sprawi, że znowu odnajdujemy swoje własne ja, niepowtarzalne, jedyne w Kosmosie.
Mój obraz jest tylko punktem wyjścia. Jednym z możliwych, dzięki osobistemu przeżywaniu sztuki, przejść na drugą stronę lustra.
Ten tekst napisałam dwa lata temu, przed wystawą mojego malarstwa "Wieloczułość". Dziś wracam do niego, przed kolejną wystawą pt. "Do ciszy stąd blisko", którą niebawem pokażę w warszawskiej Galerii Freta.


Prze te dwa lata niewiele zmieniło się w moim pojmowaniu sensu sztuki, chociaż … Niespełna dwa lata temu zaczęłam prowadzić swój Notatnik, zapisany pastelami olejnymi prawie codziennik, o miejscu, w którym żyję od 4 lat. Obcowanie z Naturą, bezpośrednie, niezwykle intensywne, zmysłowe i duchowe, jest niezwykłym doświadczeniem. Lekcją szczerości i pokory. Bo kim jestem ja twórca? Podwładną światła? Siostra liścia? Bliską krewną sarny? Osobnością spójną z innymi osobnościami? Fragmentem całości, równie ważnym, ale nie bardziej niż inne elementy tej Jedni?
W Notatniku nie ma jakiś szczególnych rozwiązań formalnych. Kiedy prezentuję w sieci kolejne "kartki" - pejzaże, zdarza się, że widz oglądajacy je na miniaturce myśli, że to zdjęcie. Dopiero po powiększeniu ze zdumieniem dostrzega, ślad walki z pastelową materią. I chyba ta sprzeczność - pozorny chłód zdjęcia i emocjonalne działanie w bardzo trudnej materii, jaką jest technika pasteli olejnej sprawia, że taka kartka z Notatnika, wywołuje więcej emocji, niż zwykłe zdjęcie. Czasami ktoś napisze: jestem tam i czuję - zapach, wiatr, słońce, deszcz. Albo: Tak wyglądała łąka mojego dzieciństwa. I wiem, że nie chodzi tu o to, że zmienił się wygląd łąki. Tu chodzi o to, tak myślę, że obcując z pejzażem autentycznie przeżytym, niemal dotykowym studium Natury, odzyskujemy tę dziecięcą wrażliwość, świeżość przeżyć, intensywność i to do czego tęsknimy przez całe życie - ciepły kokon intymności.

 

 

 

© www.artystycznestrony.pl i Maria Mamczur