PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Opublikowano 22-02-2013

Kamyki w ustach

Prace Marzeny Zacharewicz

Kamyki w ustach trzymał Demostenes, gdy stał nad brzegiem morza i starał się przekrzyczeć szum fal. W ten sposób walczył z wadą wymowy. Udało mu się i został jednym z najwybitniejszych mówców greckich. Prace Marzeny Zacharewicz z cyklu „Kamyki w ustach” nie krzyczą jednak dosłownością, a przemawiają cichym głosem. Nie zakłóca go żaden szum kompozycyjny. Dzięki temu ich szept jest przejmujący i równie dobitny, jak krzyk.


Kamienie VII

Kamienie, te małe fragmenty rzeczywistości, powszechnie uznawane za pospolite i nieciekawe, zostały podniesione z ziemi i odkryte na nowo. Stały się bohaterami dzieła  i przedmiotami refleksji. Zyskały nową rangę oraz moc talizmanów o nieznanym znaczeniu. Trwają, niezmienne i zastygłe, ukazane na tle podobnym do podłogowych desek, ale o zupełnie innej fakturze, niż one (jest szczególnie interesująca, gdy przypomina włosy, futro, sierść). Innym razem kamienie przedstawione są pośród przestrzeni podzielonej geometrycznie.


Kamienie III

Tworzą własne układy, np. spirale.


Kamienie V

Artystka umieszcza jeden kamień obok drugiego, ale każdy z nich ma własną „tożsamość” plastyczną, uwarunkowaną przez wielkość, kształt, strukturę. Rysik białej kredki sunie po czarnym kartonie, zapełniając go kolejnymi liniami, które różnicują poszczególne formy. Zaznaczają na nich wypukłości i wgłębienia, oddają gładkość lub chropowatość. Nawet ich cienie są odmienne. Kamień, ten biedny fragment świata, wydobyty z niebytu, ujawnia swoje bogactwo i udowadnia, że

„(…) jest stworzeniem
doskonałym
równym samemu sobie
pilnujący swych granic

wypełniony dokładnie
kamiennym sensem

o zapachu który niczego nie przypomina
niczego nie płoszy nie budzi pożądania”

(fragment wiersza Zbigniewa Herberta Kamyk, źródło:http://www.poezjaa.info/index.php?p=2&a=9&u=174)

Na każdym kamieniu tworzą się nowe, abstrakcyjne obrazy. Artystka traktuje wszystkie elementy rysunku bardzo dokładnie i skrupulatnie, a minimalizm środków i wszechobecną czerń wzbogaca wielością faktur. Dzięki temu uzyskuje mnóstwo rozwiązań.


Kamienie VI

Odbiorca, patrząc na te prace, doznaje uczucia opuszczenia. Każdy z kamieni jest wyobcowany, odrębny, umieszczony pośród podobnych „samotników”, którzy nie zbliżą się do siebie. Może je ogrzać tylko ciepło dłoni. Ono będzie krążyć w wyżłobionych w nich bruzdach, jak krew, aż kamień, rzucony z powrotem na drogę, znów stanie się zimny. Przecież

„- Kamyki nie dają się oswoić
do końca będą na nas patrzeć
okiem spokojnym bardzo jasnym”

(fragment wiersza Zbigniewa Herberta Kamyk, źródło:http://www.poezjaa.info/index.php?p=2&a=9&u=174)

Kamienie II

Prace przywodzą także na myśl zwyczaj układania kamieni na żydowskich nagrobkach. Wówczas są nie tylko znakami pamięci o zmarłym. Nawiązują także do starej tradycji, gdy położenie kamieni na grobie było sposobem na jego oznaczenie i ochronę przed dzikimi zwierzętami (chodziło o to, by nie miały ułatwionego dostępu do zwłok).

W skład tego cyklu wchodzą również prace wykonane identyczną techniką, które nie przedstawiają kamieni.

Jedna z nich nosi tytuł Rękawiczki Królowej Jadwigi.

Rysunek, podobnie jak pozostałe, cechuje minimalizm użytych środków. Praca sprawia niepokojące wrażenie, niczym kadr z horroru. Pod materiałem rękawiczek były pulsujące życiem dłonie. Teraz została tylko tkanina, która nosi ślad człowieka. Mroczne w wyrazie dzieło nawiązuje do jednej z legend o Królowej Jadwidze. Podobno podczas jednego z jej powrotów z Sandomierza do Krakowa, sanie wiozące królową utknęły w śnieżnej zaspie. Woźnica udał się po pomoc. Odnalazł wioskę. Na wieść o tym, co spotkało Jadwigę, mieszkańcy przybiegli do sań i zaproponowali jej gościnę. W podziękowaniu za ten gest królowa postanowiła spełnić ich prośby. Wówczas dowiedziała się, że właściciel wioski źle traktuje jej mieszkańców. Uznała, że odkupi od niego te tereny i by potwierdzić swoje słowa, przekazała sołtysowi własne rękawiczki. One trafiły do skarbca katedry sandomierskiej i zachowały się do dziś. Obecnie można je oglądać w Muzeum Diecezjalnym w Sandomierzu. Legenda stała się dla artystki kanwą do stworzenia rysunku, w którym zachowuje wypracowany przez siebie styl, dzięki czemu znane rękawiczki zyskują nową wymowę, o wiele bardziej tajemniczą, niż pierwowzór.

Warto zwrócić uwagę także na dzieło wychodzące poza wspomniany cykl. Jest to portret Astrid Lindgren, który zdobył I Nagrodę w I Ogólnopolskim Konkursie im. S. Żechowskiego pt. Portrety zaprzyjaźnione.


Astrid Lindgren

Artystka skorzystała z fotografii i mistrzowsko oddała twarz pisarki, pełną godności i naznaczoną zmarszczkami, jak ścieżkami przeżyć. Wydobyła jej oblicze z czerni, stopniowo je rozjaśniając i kształtując jego poszczególne części. Dzięki akcentom bieli sprawiła, że bije od niego światło, które wydaje się promieniować z wnętrza portretowanej osoby. Do portretu pasuje mi przymiotnik: „czuły”: może to przez lekki, łagodny uśmiech? Zacharewicz zagrała bielą także na włosach, wydobywając miękkość swobodnie opadających kosmyków. Diagonalna linia ramienia, biegnąca przez rysunek, współtworzy przestrzeń dla postaci, które obrazują różne cechy charakteru Lindgren: czułą matkę, trzymającą za rękę syna oraz pewną siebie, niepokorną, waleczną kobietę. Pisarka kochała dzieci. W swoich dziełach oddawała świat ich fantazji, ale była również szczególnie wrażliwa na ich krzywdy i przeciwstawiała się przemocy. Protestowała także m.in. przeciw działaniom wojennym w Wietnamie, nietolerancji, czy niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt. Cechowała się dużą wrażliwością i wyobraźnią, co miało odzwierciedlenie w jej działaniach i poglądach, ogromnej aktywności i energii życiowej. Osoby, o których wspominałam, skupiają w sobie te cechy. W oczach głównej postaci pisarki widać przejmującą świadomość przemijania. Lindgren zdaje sobie sprawę, że znajduje się w ostatnim etapie życia i jest z tym pogodzona.

Ta praca pokazuje wirtuozerię Zacharewicz w rysowaniu różnych faktur i bardzo mocno podkreśla refleksyjną stronę jej rysunków, tworzonych oszczędnymi środkami, ale obfitujących w znaczenia. One skłaniają do skupienia się pośród czerni i bieli. Wymagają zatrzymania się w pędzie narzucanym przez codzienność i pozwalają na kontemplacyjny odpoczynek od rozmigotanych, ale pozbawionych głębszego wyrazu kolorów.

Fotografie nadesłane przez autorkę artykułu

© www.artystycznestrony.pl i Marta Motyl